Przejdź do głównej zawartości

Dyktatorzy i szczeniaki

Psy w  liberalnym świecie często  stają się przedmiotem  niespotykanej dotąd troski i prestiżu. 
 Niespodziewanie  awansowały  też w Korei Północnej, jako symbol statusu i  pozytywnego stosunku do władzy.  W Korei Północnej w okresie głodu lat 90-tych  pojawiła się  grupa prywatnych przedsiębiorców, którzy organizowali współpracę handlową z Chinami i wspomagali kulejącą gospodarkę państwową.  Coś jak nasi tzw. prywaciarze z okresu PRL. Władza przymykała oko na na ich działalność.  Z czasem pogłębiały się podziały społeczne - na tle powszechnej biedy ujawniła się  warstwa ludzi względnie  i bardzo zamożnych.   W pierwszych dniach kwietnia Kim Dzong Un wraz z córeczką  Kim Ju Ae (tą od zarządzania energią atomową) i małżonką odwiedzili sklep zoologiczny w nowej dzielnicy,  gdzie wódz narodu wziął na ręce ślicznego  szczeniaczka, zachwycał się nim i pokazał córce.  I ruszyła lawina --  przedsiębiorcy, handlowcy i elita polityczna zaczęli  masowo kupować psiaki, kociaki i nawet papugi. Z Chin sprowadzono niespotykane dotąd ilości zwierzaków domowych  oraz karmy dla nich.  Wódz chciał ocieplić swój wizerunek jako ojca narodu oraz  przyciągnąć prywatny kapitał do państwowych struktur handlowych.  Udało się to średnio, gdyż w kraju rośnie inflacja, co zwiększa zakres ubóstwa.  W  tej sytuacji półki sklepowe zapełnione karmą dla psów i kotów denerwują ludzi.

Komentarze